Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wiosna

Wiosną, gdy gołąb do gołębia na gruszy zagrucha, i konwalia krucha zapachem odurza, iskierka jakaś w sercach się rozżarza, dłoń za dłonią tęskni, a czas się wydłuża. Stara ławka w parku o kasztan oparta niecierpliwie czeka, aż ktoś na niej siądzie i kolejne serca na drzewie wystruga — słowa niepotrzebne. Usta ustom chętne jeszcze się nie znają, kiedy księżyc wzejdzie pewnie się spotkają.

Liturgia godzin

Na dworze znowu plucha, żeby to tylko plucha była, a tu wichura jeszcze, aż w dachu trzeszczy i okiennicą stuka. Prawda, godzina późna. Na półce kwiaty zła w półmroku więdną. Lepiej już do Miłosza wrócić lub starą myśl odkurzyć, po Koheleta sięgnąć. W kominku duszy żar dogasa. Trzeba by drew dorzucić, liturgia godzin przecież trwa i gdzieś na strunie jednej wciąż Paganini gra.

Warmińskie lato

Na koczowisku nocy milion gwiazd i dwa księżyce jeden łódeczką srebrną po niebie drugi po Łynie płynie a już za chwilę kitą rudą świt się rozżarzy jezioro o brzeg pluśnie i znów na chwilę uśnie. Jak dobrze o takiej porze ze snu się zbudzić po wodzie z czaplami brodzić. Tu ciszę można na wędkę złowić i ze szpakami dzikie smakować wiśnie. Co mi tam greckie wyspy, cyprysy jak żałość smutne, gdy tu na smukłej sośnie dzięcioł od rana kuje. A kiedy dzień się zmroczy sam Pan Bóg zającom myje uszy i ptakom piórka puszy.

Martwa natura

Noc już za progiem w jesienne mgły się owija, pod płotem rower stoi i odpoczywa. Kot miauknął i umilkł, może łapkę zranioną liże między grzędami szronu, a mnie jakoś gorzko na duszy i smutno w domu. Żeby ktoś chociaż latarką błysnął, żeby choć jedną gwiazdkę rzucił w uliczkę pustą i westchnął, i ciszę zdmuchnął.

Lotniarka

Wciąż pomykasz jak obłok gnany wiatrem słonecznym Czy tam łatwiej rozwikłać  dylematy serdeczne? Już się księżyc knajacki czai z kosą za chmurą już kogucik na wieży pieje zachód purpurą i w podwórkach półsenne gołębniki gruchają Gdzie ogniska żarnowców cisza pali wśród pól w hamak ramion bezpieczny jak dmuchawiec mi sfruń

To lubię

Lubię gdy pada, gdy na dworze pompa, a kot w bamboszach po dywanie stąpa. Lubię gdy piec, brzuchomówca stary, sam do siebie gada, gdy noc, pod kapturem skryta, bramy pozamyka i tramwaj, o tej porze pusty, na przystankach zgrzyta. Lubię gdy synek w twych ramionach uśnie, gdy z kuchni jajecznicą pachnie i ciasto drożdżowe w cieple domu puchnie.

Patrzę w chińskiej róży wnętrze...

Patrzę w chińskiej róży wnętrze, już się rdzawi brzeg niedawno biały Gorzko pachnie migdałami chińskiej róży serce. Wiem, co białe będzie krwawić to, co czyste, to się splami co szczęśliwe — musi cierpieć. Róża nie wie, róża pachnie, chociaż więdnie. Patrzę w chińskiej róży wnętrze, już za późno, by ocalić. Gorzko pachnie migdałami chińskiej róży serce.

Pomiędzy

W dolinie Rospudy na promyku słońca jak na cienkiej słomce wielki motyl zasnął skrzydła swoje suszy wielkooka ważka W Ciszę  z nagła ktoś kamieniem rzucił może spadła gwiazda i cisza głęboka na nowo zapadła Tak czasem bywa między kochankami między spojrzeniem słowem i ustami

Z dzieciństwa

Miałem dom pod cygańskim niebem gdzie wielkie różowe stokrocie gnieździły się w trawie i mchy grubym pledem płoty zarosły spróchniałe              tam nocą Wielki Wóz do świtu woził siano aż do utraty tchu pachniało macierzanką       lecz gdzie to jest (ach gdzie to jest?) już nie wiem tyle jesieni mnie przewiało na biały popiół spalił mróz  szczęśliwe lato       Inne już były potem maje i mniej gorące sierpnie jak trwoga wstawał blady już w innych oknach księżyc                Ja tam nie wrócę wiem na pewno chociaż mnie tropią stare ścieżki i sen w pastelach mi maluje z dzieciństwa znany pejzaż

Nie śmiejcie się...

Nie śmiejcie się tak hałaśliwie śmiejcie się ciszej uśmiechajcie się raczej podszewką do środka wesołym promykiem w świetlikach oczu szeptem jabłka kiedy się po trawie toczy       Na rynkach świata nie wykrzykujcie słów na sprzedaż nie targujcie się o drobne nie żądajcie reszty od miłości       Nie zabierajcie bagażu żeby złodziej nie ukradł z walizką spokoju nie odwracajcie się za siebie ku rozpaczy stojącej na progu       Nawet nocą można ognisko rozpalić gwiazdą w stóg rzuconą